Może mnie tu ktoś pamiętać, bo się udzielałem w latach 2013-2016, kiedy chodziłem do gimnazjum i liceum. Zainteresowałem się Pokemonami po obejrzeniu pewnego let's playa na YouTubie i po ograniu gierki na emulatorze postanowiłem kupić sobie prawdziwą konsolkę. Do tego ograłem jakieś kilkanaście tytułów. Nawet wtedy dostrzegłem wartość resellerską i mimo wydania zawrotnej wtedy dla mnie kasy prawie dwóch tysięcy złotych, udało mi się wyjść na zero przy zachowaniu najbliższych mi gier do dziś. Z czasem gry wideo odeszły w moim życiu na dalszy plan, bo nie widziałem w tym sensownej inwestycji czasowej. Lubiłem wkładać w gry ogromy godzin, maksować fabuły, zdobywać osiągnięcia, ogólnie "masterować", ale potem mało z kim można było o nich pogadać. W pandemii zainteresowałem się szachami, które nie wymagają nakładów finansowych, odpowiedniego oprogramowania i są żywą społecznością. Dociągnąłem w nich do zaawansowanego poziomu i jestem usatysfakcjonowany. Do gier komputerowych wracam tylko, żeby zaspokoić moją potrzebę nostalgii. Teraz wrócił mi bakcyl na Pokemony, więc postanowiłem naprawić sobie konsolkę, spędzić nad nimi te 30 godzin czystego gameplayu (przedtem oczywiście drugie teambuildingu, przenoszenia poprzedniego sejwa, itd. :D) i schować to wszystko z powrotem na kolejne dwa lata.
Koledzy już prawidłowo wymienili powody, dlaczego temat Game Boy i instytucja forów zdycha, więc tu nie mam wiele do dodania, ale niezmiennie mnie szokuje, jak od czasu do czasu sprawdzam sobie ceny tych poksów. Gdy w 2014 kupowałem Leaf Green w pudełku ze wszystkim, wyniosło mnie to 150 złotych. Wraz z przesyłką z Wielkiej Brytanii. Dzisiaj najtańszy listing na Ebayu to 150, ale funtów, a do tego jeszcze pobrexitowa wysyłka. Moje Emeraldy w boksie najtaniej za 280 funtów bez wysyłki. I tak się tego nie pozbędę, bo w tych kartridżach zaklęte są setki godzin mojej gry rozłożone na naście lat. Bezcenne.